niedziela, 16 kwietnia 2017

Czas, START! Ćwiczę!


Nawet jeśli nie piszę postów, to nie znaczy, że nic nie robię.
ROBIĘ!
Zaczęłam ćwiczyć :D
Póki co, zdołałam dopiero zebrać tyłek na dwa treningi z Ewą Chodakowską (UWIELBIAM! <3), bo potem zaczęły się święta i jestem zbyt obżarta żeby robić cokolwiek..
Ale i tak jestem zadowolona.
Jestem zadowolona, bo w ogóle zaczęłam i nie odpuszczę po świętach, no i dlatego że jestem obżarta bo kocham świąteczne żarcie :'D

We wtorek wrócę do treningów. 
Póki co ze zdziwieniem stwierdzam, że Skalpel w tym roku podoba mi się bardziej niż Killer - dziwi mnie to, bo w zeszłym roku było totalnie na odwrót.
Tak czy siak, zakwasy po obu treningach miałam piekielne. To znaczy, że czas wziąć się ostro w garść. Dam radę!

DO WAKACJI BĘDĘ PIĘKNA! Haha xD

No, to by było na tyle tym razem.
Odmeldowuję się, Wesołego Alleluja!

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Książka miesiąca. Małgorzata Kalicińska - "Co, Gocha?"

Książka, którą zaczęłam czytać jeszcze w marcu, zupełnie przypadkowo i właściwie bez jakichś szczególnych ambicji do przeczytania całej.
Ogólnie, jest to książka mojej Mamy, która zaczytuje się w naszych, polskich autorkach, takich jak Katarzyna Grochola, Monika Szwaja czy też Małgorzata Kalicińska właśnie. Nic do tego nie mam, fajna literatura, jednak jakoś do mnie nie trafia, dlatego nie nastawiałam się na nic wielkiego od tej konkretnej pozycji.
Jednak Mama położyła ją na szafce, więc co jakiś czas tak po prostu sobie po nią sięgałam. No i.. się wciągnęłam :)
Panie i Panowie - Małgorzata Kalicińska, "Co, Gocha?" - czyli zbiór wpisów Autorki z jej własnego, prywatnego bloga, zebrany w jedno, wydrukowany i podany w niesamowicie przystępnej pozycji, jaką stanowi TA właśnie książka.

Na początku myślałam, że to będą po prostu krótkie notki, łatwe i przyjemne w odbiorze, takie "pitu-pitu" o "dupie Maryni", że tak powiem, które się szybko "łyknie" i nie zajmą głowy na dłużej.
No i na początku faktycznie tak było. Wpisy mają średnio 3 strony, choć zdarzają się dłuższe i krótsze. Każdy wpis jednak, mimo że taki krótki, ma w sobie tyle treści, że nie sposób nie zatrzymać się nad nimi na chwilę. Choćby na chwilę.. Tematyka jest bowiem bardzo życiowa, taka.. PRAWDZIWA. Pani Małgosia nie owija w bawełnę. Nie stara się nikomu przypodobać. Pisze po prostu to, co akurat czuje. Kiedy spotka ją jakaś sytuacja, przyjemna lub nieprzyjemna, siada i spisuje swoje wrażenia. A że warsztat pisarski ma, słowa jej nie są zwyczajnym mędzeniem szarego obywatela, tylko to wszystko.. TRAFIA do czytelnika. Po prostu.

Najfajniejsze jest to, że zdecydowaną większością Jej wypowiedzi mogłabym podpisać się obiema rękami, nogami nawet. Często z tymi najbardziej skrajnymi i wzbudzającymi ogólne oburzenie (np. stosunek do "usuwania raków społeczeństwa" lub do dzisiejszego europejskiego humanitaryzmu, sprawie uchodźców), ale też takimi, które dziś są już staroświeckie, "niemodne" i niemedialne. Pani Małgosia bardzo "wzięła" zarówno mnie jak i moją Mamę, bo okazała się taką fajną, prawdziwą, mądrą kobietą z krwi i kości. Nie jakąś lalusią, która na siłę próbuje wpychać innym głębokie filozofie z nic nieznaczącego paplania wielcemądrej gadającej głowy. Mówi jak jest, mówi jak czuje, mówi co ją boli, co myśli, co było, jest i będzie.
Było też wiele rzeczy, z którymi się nie zgadzałam. Były momenty, kiedy krzywiłam się i kręciłam głową, przewracając kolejne przeczytane strony. Jednak te momenty to zupełnie normalna sprawa, nie istnieje chyba człowiek, z którym każdy by się pod każdym względem zgodził. Zupełnie nie zmieniły mi one ogólnego obrazu osoby Autorki. Bardzo ją polubiłam :)

Podsumowując - książka idealnie opisana z tyłu okładki. Wciągająca, lekko-ciężka, mądra i skłaniająca do refleksji. POLECAM!

piątek, 31 marca 2017

Podsumowanie miesiąca. MARZEC

Dobiegł końca kolejny miesiąc. Muszę przyznać, że tak jak luty był dosyć fatalny, to z marca jestem całkiem zadowolona :) Czas zleciał mi dosyć szybko, a cudowna za oknem odradzająca się przyroda, wiosną rozgrzana, nastroiła mnie pozytywnie do życia. Nareszcie! Tak za tym tęskniłam!
Coby nie przedłużać, lecimy z koksem.

1. Regularne ćwiczenia.
Byłam bardzo blisko tego, żeby zacząć. Naprawdę! Miałam iść wczoraj na jogę. To już byłby dobry początek, połączenie przyjemnego relaksu i osiągnięcia harmonii ducha wraz z umacnianiem ciała. Niestety, właśnie tego dnia, kiedy się wybierałam, dostałam okres. A jest to dla mnie pierwszy megabolesny dzień i nie byłam w stanie w ogóle się ruszyć. Dupsko blade. Dlatego też tutaj minus. Bo raczej biegi uskuteczniane w pracy, gdzie po prostu dużo muszę robić ciągle, się nie liczy.

2. Przeczytanie przynajmniej 1 książki.
Charlotte Cho - „Sekrety urody Koreanek. Elementarz pielęgnacji”. Odsyłam do postu —> klik!
Plan minimum wykonany, a już i kolejną zaczęłam, haha. :D

3. Narysowanie portretu.
Zrobiłam kartkę urodzinową na zamówienie koleżanki. Naszkicowałam plan tatuażu dla Przyjaciółki. Powiedzmy, że coś z rysowaniem miałam, bo i miniszkic portretowy w kartce się znalazł :) Tak czy siak, nie ma zastoju!
Szkic tatuażu: klik!
Kartka urodzinowa: klik!

4. Doprowadzenie do porządku swojej cery.
Zrobiłam badania hormonów, w kierunku wykrycia przyczyny mojego okropnego trądziku.. jednak okazało się, że wyniki są w porządku. Stety i niestety zarazem. Dlatego teraz już absolutnie nie wiem co robić. Postanowiłam pójść w zupełnie innym kierunku i postawić na pracę psychiczną. Jestem nerwicówką, nie ukrywam, a stres i takie właśnie problemy ponoć mogą mieć fatalny wpływ na cerę. Nie wdając się w szczegóły, stwierdzam tylko, że próbuję. Zobaczymy jak będzie. Joga ma tutaj także pomóc.. No i koreański rytuał pielęgnacyjny daje tyle, że jest delikatny i nie podrażnia i jest miły. Kosmetyki fajne. Jest nieźle.

5. Zdrowsze odżywianie.
Haha, zupełnie bez zmian :D Bywa, że jem dobrze, a bywa, że fatalnie. Co zrobić? Nie mieszkam sama, jestem trochę uzależniona od tego co „jest w domu” albo co „jest zrobione do jedzenia”. Niektórych rzeczy nie przeskoczę. Jedyne nad czym mogę pracować, to żeby nie jeść nic POMIĘDZY, słodyczy i tak dalej. (przepraszam za dziwne przecięcie zdjęć, nadal w sumie nie ogarniam za dobrze dodawania ich..)


6. Zrobienie tatuażu.
Mam już konkretny plan :) Mam już nawet akceptację mojej Mamy, a tego bałam się najbardziej - że będę musiała to zrobić wbrew niej. Nie chciałam, żeby tak to musiało wyglądać, dlatego moja dusza raduje się tym niezmiernie :D Już wiem, że na urodziny, wiem już jaki wzór i - UWAGA! - wiem gdzie :D Yeah! Jeszcze tylko umówię termin w studio, które już wybrałam, i wystarczy się doczekać!
7. Poprawa charakteru pisma.
Naprawdę zaczęłam. Notatki na studiach starałam się robić staranniej, nawet na tablicy próbowałam pisać. Niestety, niczego to jeszcze nie zmieniło |D

8. Nauka robienia czegoś z włosami.
DOWIEDZIAŁAM SIĘ, ŻE PROSTOWNICA NIE GRYZIE. Że jest całkiem dobrą koleżanką. Pożyczyłam ją od Bratowej i udało mi się ujarzmić to, co mam teraz po grzywce, zanim jeszcze mi na dobre włosy odrosną. Wobec tego, jaki efekt uzyskać mi się udało, zamówiłam sobie prostownicę, żeby mieć własną. SUKCES!

9. Doprowadzenie włosów do pięknego stanu.
Słabo. No cóż, wcierałam Vitapil przez jakiś czas w głowę, ale naprawdę włosy po tym szybciej rosną i odrost zaczął mnie przerażać. Dlatego przestałam. W sumie moje włosy nie są w jakimś złym stanie ogólnie. Nie wiem tylko co robić, żeby nie wyglądały na oklapnięte, przez tą farbę. Będę myśleć.

10. Zbliżenie do wewnętrznego spokoju i szczęścia.
Jest lepiej, bo jest wiosna! Jest lepiej bo jest cieplej, jest słońce, jest pięknie, są kwiaty, są ptaszyny, jest super! No i kolorowanki antystresowe oraz moja lista odtwarzania „Miło” robi swoje :) Naprawdę czuję się fajniej.

11. Poszukiwania kawy idealnej - przynajmniej 1 kawa w miesiącu poza domem.
Były nawet dwie! :D
Odsyłam do postów:
Vincent Cafe—> klik!
Warszawski Lukier—> klik!

12. Upajanie się pięknem świata.
Teraz, w marcu, jako że wiosna i w ogóle, upajam się cały czas :) Daje mi to dużo radości i poczucie takiego przyjemnego… czegoś, gdzieś tam w żołądku. Kocham piękno świata. Zdjęcia, jak zwykle, na koniec :)

13. Przynajmniej 1 nowy kosmetyk w miesiącu.
Było ich nawet kilka! Odsyłam do posta.
Koreańskie i konopne cuda —> klik!

Podsumowując - to był dobry miesiąc! Chciałabym, żeby każdy kolejny był PRZYNAJMNIEJ tak fajny jak ten. A oby nawet lepszy!
Punktacja wygląda następująco: 10/13

Trzymam kciuki za siebie!

czwartek, 30 marca 2017

Warszawski Lukier - Cappuccino

Po raz kolejny w tym miesiącu dane mi było spróbować kawy w nowym miejscu.
I znowu Warszawa! Moja ukochana :)
Padło na Warszawski Lukier - cudowne miejsce, które zachęciło mnie i mojego Marcina do siebie przepięknymi zdjęciami piekielnie pysznie wyglądających, kalorycznych i genialnych deserów.
Szliśmy tam w wichurze, deszczu i zimnie, byliśmy zrezygnowani, zagubieni, z GPSami, które nie chciały współpracować.. i kiedy już traciliśmy nadzieję na znalezienie tego obiecującego miejsca...... udało się. Trafiliśmy!
Umiejscowienie mają kiepsko widoczne, to na minus. Ale za to po wejściu do środka - magia!
Pierwsze pomieszczenie jest piękne. Kolory, wystrój, huśtawka na środku sali.. Bardzo mi się podobało. Następna sala widocznie jeszcze nie jest dokończona, bo mam nadzieję, że to nie jest zamierzony efekt - wygląda bowiem jak goły tynk, czy coś. Rury na wierzchu, takie tam.
Niemniej jednak SIEDZI SIĘ NA HUŚTAWKACH I TO JEST EKSTRA!!!
Usiedliśmy w drugiej sali, bo tylko tam zwolniło się miejsce. Kiedy tylko tam usiedliśmy, nagle wszyscy opuścili to pomieszczenie, stąd udało się zrobić zdjęcie takie, jak widać, ale zaraz potem znowu zapełniło się ludem. W ogóle było pełno ludzi.
ALE NIC DZIWNEGO.
Menu bardzo zachęcające. Shake lodowy i do tego donut, ciastka, batoniki, bita śmietana... Róóóóżniste dodatki. My zdecydowaliśmy się na kultowego już chyba Lorda Snickersa. Ja dodałam do tego małe cappuccino. (Marcin jako mini-niespodziankę kupił mi też to urocze serduszkowe ciasteczko ze złotą gorzkoczekoladową polewą ;-))
Deser przyszedł IMPONUJĄCY. Kawa nieco mniej.
Totalnie miałam pisać o kawie, ale no nie da się, w porównaniu z TYM. Lord Snickers powalił nas na kolana. I mimo że był wielki, wzięliśmy go 1 na pół bo myśleliśmy, że nie przejemy.. to było nam mało! BYŁ PYSZNY!!! Pierwszy raz piłam tak dobry shake. Zwykle shake smakował mi jak pokolorowane kostki lodu zmiksowane, ale to były po prostu rozpuszczone przepyszne lody waniliowe *.* i te dodatki.. MAGIA!
Kawa natomiast.. no cóż..
Była niedobra. Gorzka, cierpka, ciemna.. No, niedobra po prostu. Jedyne co ją uratowało trochę, to kiedy przelałam do niej łyżeczką parę razów shake'a z deseru. Niestety, mało to dało.
Tak, jak deser był duży, a kawa mała, tak samo ma się proporcja pyszności.
Deser bardzo, kawa mało.
Podsumowując, miejsce wspaniałe, deser pyszny, na pewno tam jeszcze pójdziemy próbować inne zaproponowane smaki :) Siedzenie na huśtawkach BOMBA! Tylko żeby jeszcze dokończyli wygląd drugiego pomieszczenia i ogarnęli smak kawy, a będzie IDEALNIE.
POLECAM!!!!

sobota, 25 marca 2017

Wewnętrzny spokój. Kolorowanki antystresowe.

Przypomniałam sobie wreszcie o tym, że rok temu z okazji świąt Wielkanocnych dostałam od mojego Marcina książeczkę z kolorowankami dla dorosłych - "365 DNI BEZ STRESU".
Przypomniałam sobie, jak cudownie było usiąść z garścią kredek, pochylić się nad obrazkiem i.. skrobać. Skrobać, gryzmolić, bazgrać.. KOLOROWAĆ! 
Pamiętam, jak planowałam wtedy pokolorować wszystkie do przyszłych świąt Wielkanocnych.
Niestety, skończyło się na tym, że dobrnęłam do kilku pierwszych.. i straciłam cierpliwość |D
Prawda jest taka, że nie jest to łatwa sztuka, wbrew pozorom, takie kolorowanie!
Jeśli ktoś chce robić to porządnie, a nie byle jak i "na odwal", to naprawdę można spędzić nad tym kilka ładnych godzin..

Jednakże sprawia mi to kolorowanie dziką satysfakcję. Szczególnie kiedy widzę takie szalone efekty :) Rzecz w tym, że mam taką pewną dziwną cechę, która ma nawet fachową nazwę - synestezja. Bardzo fajnie jest to wytłumaczone na tym filmiku, jeśli ktoś nie ma problemu z angielskim:
Chodzi o to, że są osoby, dla których np. litery mają swój kolor, poszczególne dźwięki mają swój kolor, kolory mają swoje zapachy i tak dalej. Wiem, może to brzmieć dziwnie, ale to prawda! Połączenie dwóch, pozornie niemożliwych do połączenia ze sobą zmysłów, daje ciekawe efekty. Dla mnie na przykład, kolory mają głównie litery, niektóre liczby.. Mają też swoje, jakby "cechy charakteru". Trudno mi to wytłumaczyć. Najbardziej znaczące jest dla mnie "A", które jest dla mnie żółte i dobre. "Z" na przykład jest czarne. "S" jest siwo-fioletowe i złe. Jest tego dużo, nie będę wymieniać :) w kontekście kolorowanek ma to natomiast takie znaczenie, że w połączeniu z moimi ogólnymi wizjami artystycznymi, konkretne kształty muszą mieć konkretne kolory, a niektóre kolory pasują do innych, a do innych nie. Dlatego też siedząc nad kolorowaniem skupiam się totalnie i jestem w tym CAŁA. Bardzo mnie to uspokaja.
Specjalnie do kolorowania ułożyłam sobie w iTunes playlistę, nazwałam ją, JAKŻE GÓRNOLOTNIE! - "Miło." Znalazły się na niej, co tu dużo gadać, miłe utwory. Dla odmiany nie zajmujące się samym cierpieniem, umieraniem, stratą ani innymi depresyjnymi tematami, czego to ogólnie mam w zwyczaju słuchać. Są tu utwory Elvisa, Beatlesów, Birdy, Bright Eyes, Bryana Adamsa, The Common Linnets, Eda Sheerana, Taylor Swift, Lisy Hannigan, The Lumineers, Paula McCartney'a a nawet Ricka Astley'a :D Jest też muzyka z "La La Land" i sporo utworów fortepianowych, głównie Chopina, którego uwielbiam, oraz innych piosenek, niewymienionych tu artystów. Ogólnie rzecz biorąc, są to utwory w miarę spokojne, delikatne, z uspokajającą melodią. Jest mi naprawdę miło, kiedy słucham ich sobie, koloruję tak, jak lubię oraz wącham sobie pięknego aromatu wosku z Yankee Candle, mojego ulubionego, "Champaca blossom" <3
Sięgnęłam po ten sposób uspokajania w momencie, gdy byłam na coś wściekła i.. udało mi się ogarnąć :)
Moja książeczka z kolorowankami ma też taką fajną rzecz, że po jednej, NAJNIEWYGODNIEJSZEJ do kolorowania stronie, zawsze ma jakieś mądre cytaty. Lubię to. Zawsze po skończonej kolorowance wybieram sobie jeden z nich, robię mu zdjęcie i wysyłam MMSem do mojej mamy i braciszka :) od razu wiedzą, że skończyłam obrazek :D

No nic! Pozostaje mi już tylko brać kredki w dłoń i do dzieła. Obrazek czeka :)

czwartek, 23 marca 2017

Planuję tatuaż.

Zrobienie tatuażu należy do moich postanowień tegorocznych, ale przede wszystkim także do wieloletnich marzeń.. Rzecz w tym, że do tej pory nie wiedziałam jeszcze co konkretnie chciałabym sobie wytatuować. Miałam już naprawdę przeróżne pomysły.. Całkiem niedawnym było jeszcze wypisanie sobie na skórze po prostu jakiegoś cytatu z ulubionych piosenek ulubionych wykonawców. Tylko, że.. Mam ich tak wielu, a poziom mojej do nich sympatii bywa tak zmienny, że nie byłabym w stanie zdecydować się na jeden, konkretny.
A może...?

No, tak czy siak, tatuaże podobały mi się od zawsze. ZAWSZE. Podziwiam je jako dzieła sztuki, jako piękne obrazy, mile łechtające moje kubki estetyczne* znajdujące się w oczach :'D
*(nawiązanie do kubków smakowych na języku)
Jednak nie kręcą mnie każde możliwe wersje tatuaży. To musi być coś naprawdę ładnego, estetycznego, pasującego do danej osoby, może coś symbolicznego. Jestem totalną przeciwniczką tatuowania każdego miejsca na ciele, oraz robienia sobie tatuaży "bo tak", byle jakich, często paskudnych, w bylejakim miejscu - a potem nosi się maszkarę na skórze!
Nie lubię tatuowania twarzy, portretów, tatuaże kolorowe w większości również mi się nie podobają. Nie lubię też czach, gołych bab albo makabrycznych, horrorowatych. Nie lubię.

Moim najulubieńszym tatuażem, jaki znam, na całym świecie, jest rękaw jednego z moich ulubionych wokalistów (ukochanego przez parę ładnych lat życia) - Ville Valo. Totalnie przepadam za tym tatuażem :D Za HIM też przepadałam kompletnie.. Teraz pozostał sentyment i sympatia. Lubię HIM. Chciałam też wytatuować sobie heartagram na karku, ale na szczęście mi przeszło.
Wracając do mojego CHCENIA tatuażu. Wyszło ono niedawno ze mnie jeszcze mocniej, kiedy moja Foka, Martyna, oznajmiła mi, że w tym miesiącu ZROBI SOBIE tatuaż. Nie muszę chyba mówić, jak przewróciła mi się wątroba na drugą stronę na samą myśl o tym, że przecież JESZCZE JA, ja też chcę! :'D No i tak się stało, że poprosiła mnie o zaprojektowanie jej takiego maleństwa. Najpierw były w planach odciski łapek, potem jej kotek patrzący na ptaszka... Obecnie jest już jeszcze inna wizja, za którą dopiero muszę się wziąć. Fakty pozostają jednak faktami - NAKRĘCIŁO MNIE TO NA TATUAŻ PONOWNIE, totalnie i absolutnie! :D

Co do mnie już konkretnie - obrazek, który wstawiłam na samym początku posta, jest tym, który planuję sobie zrobić. A właściwie tym, który dam sobie wytatuować na pewno.
Termin ustalam sobie na czerwiec/lipiec. Wiem, że słaby, bo słońce, bo lato, gorąco i takie tam.. Może sierpień, bo w lipcu jadę na wakacje.
TAK CZY SIAK, chcę, żeby to był mój prezent urodzinowy, a urodziny mam w czerwcu :)
Więc pewnie będzie to czerwiec.
Jedyne z czym jeszcze mam problem, to... miejsce, w którym go sobie zrobię! Bo studio tatuażu mam już wybrane. Chcę go mieć na prawej ręce, ale... Na wewnętrznej stronie czy na boku? D:
NIE WIEM!!! Muszę zrobić sobie jakieś wizualizacje w photoshopie.. może znowu zamówię takie zmywalne, ze swoim wzorem, i będę je przymierzać? (już tak robiłam, dobra rzecz).

Poza tym wiem już, że chcę mieć ich jeszcze, no może ze 3. Ale takie maluchy :)
Kocham moje shih tzu, Polę, więc tę miłość chcę też udokumentować. Na kostce, nad stopą. Mała Mi to postać, która trochę do mnie pasuje, więc może..? No, póki co skupię się na tym pierwszym :)

środa, 22 marca 2017

Kosmetyki miesiąca - koreańskie i konopne cuda!


W tym miesiącu kosmetyków dosyć sporo, dlatego też nawet w tytule by się nie zmieściły :'D
Kupowałam, używałam.. używam!
Zakupy całkiem dobre :) ale po kolei.

1. Płyn micelarny z olejkiem arganowym, Garnier, oraz nawilżający Krem pod oczy, Vianek.
Nie ukrywam, że kosmetyki te znalazły się u mnie po tym, jak obczytałam się w koreańskich rytuałach pielęgnacyjnych. Wcześniej nawet nie pomyślałabym o tym, żeby używać czegokolwiek co ma coś wspólnego z olejkiem. ANI TYM BARDZIEJ KREMU POD OCZY. No bo po co. No bo przecież pod oczami nie mam problemów. Przecież jestem młoda. Po co. No po co.

A jednak.
Książka uświadomiła mi, jakie dobrodziejstwa płyną z tego i tamtego :)
Obawiałam się użycia samego olejku do oczyszczenia twarzy, dlatego na początek skierowałam się ku płynowi micelarnemu Z olejkiem. I muszę przyznać, że jestem z niego zadowolona. Pięknie pachnie, pięknie zmywa makijaż, skóra jest po nim przyjemnie miękka. Polecam!
Krem pod oczy zaś obecnie nie daje jakichś spektakularnych efektów, oprócz nawilżenia po prostu. Myślę jednak że jego długotrwałe używanie da mi dobre efekty w przyszłości. Dlatego też jestem zadowolona :)

Przejdźmy dalej.
2. Kosmetyki konopne.
Co to takiego? Z czym to się je? Otóż, załamana wyglądem mojej cery, probowałam już wielu rzeczy. Aż natknęłam się na peany opiewające cudowność i cudotwórczość kosmetyków konopnych. To nic innego jak produkty wytwarzane na bazie, bądź z dodatkiem, oleju konopnego pozyskiwanego z nasion konopi. Pozyskiwany jest w procesie tłoczenia na zimno z nasion konopii. Jest to olej spożywczy. CBD zawarte w tych kosmetykach pochodzi z kwiatów konopi. Ale nie tych zakazanych. Istnieją ich specjalne odmiany, których kwiaty nie zawierają zakazanego składnika zwanego THC, ale w zamian za to zawierają dużo innego składnika - legalne CBD.
Po więcej odsyłam do http://konopteka.pl, gdzie właśnie zakupiłam swoje kosmetyki.
Krople łagodzące trądzik oraz krem ze srebrem koloidalnym.
Na stronie Konopteki można porozmawiać z konsultantem, co też uczyniłam, aby ustalić, który kosmetyk powinien najlepiej mi służyć. Polecono mi te dwa.
Jeśli idzie o krople, mają trochę upierdliwą pipetkę - upierdliwą, bo nie dosięga do dna tylko chyba do połowy buteleczki i trudno bardzo się nabiera płyn, kiedy już się zużyje do tego momentu. Sam płyn natomiast nie dał mi żadnych spektakularnych efektów, NIEMNIEJ JEDNAK całkiem przyzwoicie ugasza te pagórki, które często tworzą mi się na twarzy, zaczerwienione i bolesne. Mam na myśli, że nałożone wieczorem, rano daje efekt lekkiego zblednięcia stanów zapalnych. Zawsze to coś, nie powiem, że nie.
Z kolei nie wiem jak to jest z kremem konkretnie, bo używam go zawsze razem z kroplami i w sumie to już po jakimś czasie gdy użyję krople, widzę już lekkie zblednięcie, po czym dopiero nakładam krem. Nie wysusza, nie nawilża, pachnie średnio. Jest mi chyba neutralny.
Nadszedł czas na koreańskie cuda. Jednakże póki co, są to tylko MASECZKI W PŁACHCIE.
Zakochałam się w maseczkach w płachcie :'D Wiem, nie jestem jedyna.. Ale totalnie je UWIELBIAM! <3 jeszcze zanim zapoznałam się z koreańskim rytuałem piękna, pokazała mi je moja kochana Ela. Teraz już sama wkręciłam się w nie bardzo!
Maseczki są kolorowe, piękne, pachną, są wygodne i fajnie przygaszają paskudztwa na twarzy. Można je dobrać do potrzeb swojej skóry, do potrzeb swojego humoru i do potrzeb fantazji :'D
Kota polubiłam ogromnie, działał na mnie dobrze.
Bardzo spodobały mi się maseczki same w sobie, jednak irytującym jest fakt, że jako kosmetyki koreańskie, ich kształt i wycięte otwory (na oczy, usta i kreska na nos) dopasowane są do.. koreańskich twarzy. Dlatego też były nieco zbyt szerokie po bokach, natomiast otworzy za małe na usta i na oczy. Taki drobiazg.
Holika Holika i MISSHA to dwie wypróbowane przeze mnie marki, z którymi się polubiłam :)

Na koniec tego przydługiego postu pragnę jeszcze wspomnieć o sklepie, w którym zaopatrzałam się w maseczki. Jest to mianowicie KONTIGO, którym jestem totalnie ZACHWYCONA! <3
Obsługa przemiła, chętna do pomocy, produktów masa, różnorodność i przystępność cenowa.. Miejsce bardzo fajne. Do każdego zakupu testery. Raz dostałam nawet testerki produktów koreańskich, bo pani sprzedawczyni widziała, jakie produkty kupuję :)
A co mnie urzekło najbardziej... To wizytówki dorzucane do każdego zakupu, na których odwrocie przemiłe panie piszą klientowi/klientce... komplement! <3
Urocze i kochane. Naprawdę POLECAM! :)