środa, 11 stycznia 2017

Kocham kino! - "Sing" i "Po prostu przyjaźń"

Jest jeszcze sporo rzeczy, których o sobie nie napisałam.
Cóż, planuję nadrobić tę zaległość w swoim czasie, to znaczy - napisać osobny krótki dział „O mnie”, żeby w przyszłości nikt nie miał wątpliwości co do tego, co piszę, kiedy już piszę.
Tymczasem jednak chciałam wspomnieć o jednej z ulubionych przeze mnie rzeczy, ponieważ ostatnio miałam cudowną okazję się temu oddać: filmy.
Kocham filmy. Uwielbiam chodzić do kina - tak lubię oglądać najbardziej! Gustuję w różnych gatunkach, nie jestem pewna czy teraz na szybko byłabym w stanie określić najulubieńsze, umiem jednak określić najnieulubieńsze. Nie lubię horrorów i filmów katastroficznych. 

Niedawno zaś dane mi było zasiąść na widowni maleńkiego kina w mojej mieścinie aż DWA RAZY!
Postanowiłam wyrazić krótko moją opinię o każdym z tych wyjść. I filmów :)
Na pierwszy ogień poszedł najnowszy film animowany studia ILLUMINATION - „Sing”. Strasznie lubię bajki, szczególnie że niektóre w dzisiejszych czasach są produkowane w przepięknej jakości i zarówno treść jak i tematyka (tych wysokobudżetowych raczej) bardzo mi odpowiada. Ale nie zawsze. Tutaj jednak zaciekawił mnie zwiastun. Pomyślałam, że pomysł na fabułę jest tak oryginalny, postaci tak ciekawe, a humor tak odpowiadający mi, iż NIE DAŁO SIĘ na tę animację nie pójść! : D
Stylówą wpasowałam się w klimat. W końcu zima, w końcu bajka.. Trzeba czasem odpuścić sobie w doborze garderoby ;)
Tak.. Jeśli o film chodzi, opisywać fabuły jakoś specjalnie raczej nie muszę, bo to samo znaleźć sobie można np. na Filmwebie - o tutaj [klik!]. Od siebie zaś mogę powiedzieć, że może i nie było tu jakichś megazaskakujących rozwiązań i zwrotów akcji (no, w sumie to były i takie xD), ale straszliwie mi się podobało! Jakość i animacja obłędne. Postacie charakterystyczne, każda inna, wszystkie świetne. No, oprócz myszy. bardzo znielubiłam mysz :((( …
Najbardziej przypadła mi do gustu świnka Gunter i Pani Crawley :’D zapałałam do nich miłością absolutną. Biję pokłony dla osób, które wymyśliły ich w ten sposób.
Ogólnie uważam, że totalnie warto obejrzeć. Byłam na filmie w 2D (nie trawię 3D) i z dubbingiem, który sobie świetnie poradził, moim zdaniem. Zdecydowana większość piosenek była w wersji oryginalnej, a nie przetłumaczona, a zatem - bomba! Film ciepły, miły dla oka i duszy, a także ucha :) na rozerwanie się i uśmiech jak znalazł!
Dla niektórych bulwersujące bywa już samo to, że ktoś z własnej woli idzie na film, który określony jest „polską komedią [romantyczną]”. Otóż nie należę do tego grona osób! :) Zdaję sobie sprawę z tego, że polskie kino (szczególnie to wymienione przed chwilą) nie cieszy się powodzeniem wśród społeczeństwa, ani też zbyt wysokim poziomem. Jednak mi to nie przeszkadza. Nie idę na taki film po to, by upajać się wysoką kulturą. Po to poszłabym do teatru, albo filharmonii (które kocham, swoją drogą). Idę tam, żeby obejrzeć sobie historię, wciągnąć się w nią, trochę pośmiać a trochę rozczulić. I po to też poszłam na film „Po prostu przyjaźń”. I wiecie co?
Zwiastuny absolutnie nie oddają tego, jaki jest ten film. Bo uważam, że to naprawdę fajny film.
(btw., opis możecie znaleźć tutaj - klik!)
Tematy poruszane w wielu wątkach, które się tam przewijają, bywają bardzo trudne, ale i oryginalne. Niektórych obrotów akcji bym się nie spodziewała (a z kolei niektórych - tak). Podobała mi się gra aktorska większości obsady (TAK!). Podobały mi się piękne ujęcia. Podobały mi się dialogi. A najbardziej podobał mi się wątek niecodziennej przyjaźni tych panów…. :)
Ogólnie, oglądało mi się przyjemnie. W zupełności zaspokoił ten film moje potrzeby dotyczące polskiej komedii - choć uważam, że określenie „komedia” nie jest tu wystarczające. Moim zdaniem jest to komediodramat. Ale co ja tam wiem o nazewnictwie ;)
Niemniej jednak - polecam!



A czy ktoś z Was oglądał któryś z tych filmów? A może ktoś poleciłby mi jeszcze jakiś z nowinek, który warty jest obejrzenia? :)

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Artisan - Latte



Poszukiwania Kawy Idealnej zostały rozpoczęte.
Niby liczy się poprzednio nadmieniona kawa w pracy, jednak można ją umieścić nieco bardziej na marginesie moich kawowych doznań..

W zeszłą niedzielę spotkałam się wreszcie z moją jakiś już czas niewidzianą Przyjaciółką. Naszym miejscem meetingów ostatnio jest najczęściej Artisan, jednak tylko raz zdarzyło mi się tam pić kawę, bo zazwyczaj pora naszego spotkania wypadała akurat po tym, jak już jakąś wypiłam.
Postanowiłam wobec tego wykorzystać spotkanko na małą analizę zamówionej tym razem kawki.




Muszę przyznać, że to miejsce jest naprawdę klimatyczne. Uwielbiam zastosowane w nim połączenie stylu nowoczesnego z ciepłą klasyką. Oświetlenie, dodatki, tablice oraz miękkie siedziska, a wszystko zalane smakowitym zapachem wypieków, deserów i aromatycznych napojów - to coś, co od razu wpiło się w moje serce <3
Czas upłynął nam nieprzyzwoicie szybko. Pogaduchy, ploty, opowieści wszelkiej treści i wzajemna analiza sytuacji życiowych - to wszystko miało miejsce przy… pysznej kawie!


Przyznam Wam, że z doświadczenia już przyzwyczaiłam się, że najlepiej smakującą mi kawę dostaję, kiedy zamawiam Cappuccino. Kiedyś zastosowałam się do tejże niepisanej zasady własnej i.. zawiodłam się niesamowicie - kawa była mocna, gorzka i miała nieprzyjemny aromat. Tym razem więc zamówiłam zwykłe Latte i TO BYŁO TO! Delikatna pianka i łagodny smak kawy - a nie to, co otrzymuję zwykle gdy zamawiam tej rodzaj kawy: mleko o smaku kawowym D:
Teraz było doskonale.
Teraz było BOSKO.
Rozmiar kawy też bardzo mi odpowiadał - lubię, kiedy dobrego jest dużo ;)



A zatem, jeśli chodzi o Latte z Artisanu - jestem na TAK!

Póki co, to była dla mnie najlepsza kawa poza domem w tym roku ;)


piątek, 6 stycznia 2017

Tak to jest z tymi włosami..


Kolejny piękny dzień na życiowe zmiany!

Dobra, tak naprawdę, to tym razem jeszcze do żadnych spektakularnych zmian nie doszło. Po przebudzeniu rano z radością stwierdziłam, że tym razem WRESZCIE ułożyły mi się włosy lepiej niż przez ostatnich parę dni, więc warto coś z nimi zacząć działać.
Ale to dopiero po pracy.
Najpierw trzeba było ogarnąć tyłek i ruszyć do Arbeitu, a było to o tyle przyjemne, że śniegu spadło po pachy i było pięknie że och i że ach!
Nacieszywszy oczy, wycisnąwszy z siebie wszystkie poty w zakładzie pracy, powrót do domu odbyłam w równie wielkiej radości, jak drogę poranną. A! Więc jednak pewna zmiana zaszła!
RADOŚĆ PRZEPEŁNIAJĄCA MOJE SERDUCHO NA WIDOK WIDOKÓW ŚNIEŻNYCH DOOKOŁA <3
Tym bardziej, że i udało się zgrać mój powrót z pracy z popracowym powrotem mojego Marcina. Miło było razem brnąć w zamieć śnieżną i mrużyć oczy nie widząc nic prawie poprzez biały puch lecący nam na twarze tu i tam, podtrzymywać się razem na ślizgawicach i w ogóle.


Wracając jednak do moich włosów.
Postanowiłam na początek zapoznać Was z ich stanem na dzień dzisiejszy - i ze stanem moich umiejętności w robieniu z nimi czegokolwiek. Za chwilę okaże się, jak bardzo marne są to umiejętności i jak bardzo o pomstę do nieba wołają |D

Prawdopodobnie opinia o fryzurach kobiecych jest taka, że są one ważną częścią naszej egzystencji, że kobieta powinna umieć się uczesać tak, żeby wyglądać odpowiednio do okazji, zawsze ładnie, najlepiej kobieco i dziewczęco i takie tam. Ogólnie, że ważne to jest.
Okej, mogę się z tym zgodzić. Niestety jednak, do tej chwili moje własne kompetencje fryzurowe są co najmniej kiepskie.. A świadczyć o tym będą poniższe zdjęcia. No i jeszcze chciałabym Was prosić o wyrozumiałość odnośnie to jakości fotek - na jednych moje włosy wyglądają na rude, na innych nie, i w ogóle.. Uwierzcie mi, że rude nie są. Nie wiem co to światło z nimi zrobiło :(

1. Na co dzień moje włosy hulają sobie na wolności tu i ówdzie, za nic mając sobie moją potrzebę widzenia świata, włażąc mi do oczu i tam, gdzie akurat bym nie chciała ich mieć. 
Jeszcze gorzej było z tym, kiedy nie miałam grzywki (do całkiem niedawna). I właściwie to ta fryzura zmienia się u mnie bardzo rzadko, bo mam trochę stracha, że jeśli dużo będę mieszać przy włosach, czy spinać je, czy związywać, to się będą łamać, psuć i przetłuszczać. Przede wszystkim grzywka, bo panuje przeświadczenie, że w ogóle grzywka przetłuszcza się szybko i na pewno na drugi dzień jest paskudna… Ja mam to szczęście, że moja grzywka potrafi przeżyć dwa dni w niemal idealnym stanie :)

2. Jedyny sposób, w jaki potrafię potraktować swoje włosy gumką, to poniższe rozwiązania.
Słabo, wiem :’D A zatem jestem w stanie zrobić sobie niską kitkę. Ewentualnie związać włosy w niedbały koczek, żeby było mi wygodniej i mniej gorąco (np. do ćwiczeń)…. albo ewentualnie ten wysoki koczek rozpuścić w formę wysokiej kitki.

3. Te fryzury zrozumie tylko tak wielki fan Star Wars jak ja. Albo większy |D
Wiem, w czymś takim nie wychodzi się do ludzi. Wiem, ja też nie wychodzę. Niemniej jednak, korzystając z pomocy różnych filmików na youtube, wypracowałam sobie w miarę zadowalający sposób na fryzurę Rey z „Przebudzenia Mocy” :’D A w sumie warkoczyk Padawana czasem robiłam sobie „ot tak” - ale kiedy jeszcze nie miałam grzywki, to lepiej wyglądał.

4. Warkocz to coś, nad czym zdecydowanie muszę popracować.
Jak widać, wychodzi dosyć krzywo.. Uwielbiam warkocze, jestem nimi oczarowana, uważam je za piękne, dziewczęce i delikatne. Straszliwie chciałabym umieć robić sobie ładny tatuaż.. Ale nigdy nie udaje mi się zebrać 3 takich samych objętościowo części włosów, a przy dłuższych próbach okropnie omdlewają mi ręce! D: Muszę znaleźć jakiś tutorial dla gap, takich jak ja, żeby wreszcie nauczyć się sztuki warkocza raz a dobrze. HELP!

Podstawy już są, teraz trzeba tylko szlifować :)


W końcu musi być lepiej!

wtorek, 3 stycznia 2017

Oh, what fun!


Bossski dzień na życiowe zmiany!
A tak całkiem serio, to wczoraj były zdecydowanie lepsze na to warunki atmosferyczne. Było ciepło, miło i przyjemnie. Dzisiaj z kolei spadł pierwszy w moich rejonach śnieg, jednak rano, kiedy jechałam do pracy, było TAK POTWORNIE ZIMNO…! Z kolei kiedy z tej pracy wracałam, to śniegu już nie było, a z nieba leciały deszczowe smutki :( co za niefart.
Ogólnie powrót do pracy po nowym roku nie sprzyja zbytnio spełnianiu postanowień noworocznych, muszę przyznać. Mysza niewyspana to mysza niezadowolona, burcząca i furcząca na wszystko i wszystkich. Dlatego dzisiaj na samą myśl o tym, że miałabym coś robić ze swoim życiem, miałam ochotę zakopać się w ściółkę i udawać, że niczego takiego nie musi wcale być i może to jeszcze odwołać……..
Ale nie.
Wzięłam tyłek w garść i do dzieła.


Tak w ogóle to przyznam, że nie do końca jeszcze jestem pewna tego, w jaki sposób układać te notki, żeby wszystko było w miarę zorganizowane, żeby było widać progres w konkretnych dziedzinach i żeby wszystko było jasne, dlatego proszę o wyrozumiałość. System pisania i organizację wypracuję z czasem :)

Okej. Co do dzisiaj - moja „kreacja”, czyli nowy sweterek z wyprzedaży F&F wygląda zupełnie niepozornie, ale przez cały dzień poprawiała mi humor. Serio, czułam się w tym tak, jakby stworzono ten sweter myśląc: „o, a teraz zrobimy coś specjalnie dla jakiejś myszy”. Dla mnie, rzecz jasna :’D Luźny, miękki, ciepły i z idealnym tekstem.
Oh, what fun.

Humor poprawiła mi również kawa! Mimo że zwykła, rozpuszczalna, pracowa i ze szkolnym mlekiem które zawartości tłuszczu ma marne, to całkiem nieźle mi akurat w tym momencie smakowała. Można powiedzieć, że jedną kawę wypitą poza domem mam już za sobą xD
Na koniec trudnego dnia z kolei warto wkroczyć z przepyszną i aromatyczną herbatką.
Mmmm.


Dobra, a teraz gwóźdź programu.
Już pierwszego dnia Nowego Roku wykonałam trening z moją najulubieńszą Ewą Chodakowską. Nie mam pojęcia skąd biorą się ludzie, którzy cisną na nią takie hejty, ale osobiście uważam, że jest świetną babką, pełną energii, wszechmotywującą i ciepłą kobitką i ogólnie to ją strasznie lubię.
Jej treningi też! Dają piekielny wycisk, ale efekty naprawdę są satysfakcjonujące.

Pragnę uświadomić Wam, że moja styczność z jakimkolwiek rodzajem aktywności fizycznej na przestrzeni lat jest co najmniej marna. Ze względów zdrowotnych nie ćwiczyłam na w-fie w szkole od 6 klasy podstawówki. Na studiach, z tych samych względów, uczęszczałam jedynie na ćwiczenia wyznaczone mi przez komisję. Niestety, byłam takim leniwcem bez wyobraźni, że nie nadrabiałam tych braków we własnym zakresie.. 
Co prawda nie jest tak, że roztyłam się do granic możliwości i teraz nie łapię jeszcze zadyszki po wejściu na 1 piętro, jednak moja kondycja pozostawia wiele do życzenia. A mimo, że nie uważam się za grubaska, to jednak widać, że mięśnie mam nędzne i ciałko mało zbite. TO WŁAŚNIE CHCĘ NAPRAWIĆ! :D

Wobec tego wcisnęłam się w niezbyt efektowny strój złożony z dwóch niepasujących do siebie części i poszłam w tango ze Skalpelem.
Nie muszę chyba wspominać, że po wykonaniu całego treningu, na drugi dzień umierałam z bólu WSZYSTKICH MIĘŚNI ŚWIATA? To był mój dzień przerwy. Ale dzisiaj znowu! Tylko że tym razem romans z Killerem..

Okej, wiem, zdjęcia na razie mam takie sobie. Tam na ekranie na przykład stoi sobie Choda i motywuje, ale oczywiście tego nie widać, bo mi się jedno prześwietliło a drugie zaciemniło, no i klops. Teraz musicie mi wierzyć na słowo, że ona tam jest. |D
Tak czy siak, czułam pełną moc i motywację. 
Muszę przyznać, że kiedy w zeszłym roku próbowałam swoich sił w ćwiczeniach, to przepadałam za Killerem. Było to dla mnie najprzyjemniejsze i najciekawsze z propozycji Ewy, Skalpel zaś uznawałam za totalnie wyczerpujące nudziarstwo. Jakież było moje zdziwienie, kiedy dziś po kilku ćwiczeniach poczułam odpływ mocy D: Cóż. Początki bywają trudne. Ja obecnie wracam do treningów po kilku miesiącach przerwy, więc można uznać, że to JEST początek, to przez co obecnie przechodzę.

I tak niestety wygląda padlina po bliskim spotkaniu z Killerem.


Hm.
Pozostaje mi trzymać kciuki za siebie samą, że następnym razem będzie lepiej.


W końcu musi być lepiej! 💪🏻

niedziela, 1 stycznia 2017

Postanowienia Noworoczne

Cześć!

Wiecie jak to jest, kiedy postanawia się osiągnąć pewien cel, np. rzucić palenie. Mówi się wtedy, że najlepiej jest wtedy powiedzieć o tym zamiarze jak najszerszemu gronu osób, ponieważ to motywuje nas do tego, aby faktycznie ten cel osiągnąć. Dlaczego? Pewnie dlatego, że skoro już tyle osób wie o tym, że zamierzamy coś zrobić, to GŁUPIO BYŁOBY, GDYBY SIĘ NIE UDAŁO. Że siara. 
Może i jest to głupawa motywacja, ale zawsze jakaś! Lepsza taka niż żadna, skoro coś ma się udać |D

Jak wszyscy zapewne z ulgą zauważyli, właśnie dobiegł końca najgorszy w ciągu ostatniego wieku rok 2016. Nie muszę chyba nikomu przypominać jak wielu wspaniałych ludzi, artystów odeszło tego roku. W moim życiu też chyba więcej złego zanotowałam niż dobrego..
Dlatego w tym roku postanowiłam, że w 2017 musi być lepiej. A na pewno w nie gorzej.

Aby to osiągnąć, doszłam do wniosku, że muszę wziąć sprawy w swoje ręce i nie pozostawiać biegu mojego życia losowi. Tak, brzmi górnolotnie. A w rzeczywistości chodzi o ...
POSTANOWIENIA NOWOROCZNE. Ale nie byle jakie, nie takie, które każdy stawia sobie każdego roku i nigdy ich nie spełnia. Stworzyłam listę postanowień noworocznych, czyli celów, które przykazuję sobie do osiągnięcia na ten rok. MUSZĘ je osiągnąć.
I chyba nie ma lepszego sposobu na powiedzenie o swoim postanowieniu jak największej liczbie osób, niż wrzucenie go w internet :)

Otóż wrzucam.
I ten blog ma mi pomóc w tym, żeby osiągnąć tegoroczne cele. Będę prowadzić go tak regularnie, jak tylko się da. Będę uwieczniać na nim efekty moich starań o spełnienie postanowień. Oto i mój klucz do motywacji. Aż się stresuję. Ale muszę dać rade. CHCĘ!
Żeby nie przedłużać, wrzucam listę postanowień noworocznych, która będzie poniekąd wyznaczać ścieżki mego losu w tym roku. Nie żeby po kolei. To nie jest lista do odhaczania od 1 do 13. To lista na cały rok - ogólnie.
Mogą wydać się Wam głupie, mogą się wydać śmieszne, idiotyczne i bez sensu.. Ale to moje cele. Jestem żółtodziobem, zielona pod wieloma względami. Może z biegiem czasu poznacie mnie na tyle blisko, żeby zrozumieć istotę przedsięwzięcia.

Kto jest ze mną? :’D